czwartek, 15 września 2011
czwartek, 22 lipca 2010
Już zapomniałam gdzie tu się wchodzi, żeby coś napisać. A muszę coś napisać, żeby mi przypadkiem nie zamknęli tego bloga za nieużywanie, czy coś w tym stylu. To pomyślałam, że sobie taki rocznikowy wpis trzasnę, coś jak rok z życia w pigułce. Tyle się u mnie dzieje, że nawet nie wiem co napisać z tego roku, wielkie nic. Jęczeć mi się jakoś nie chce i utyskiwać jak to strasznie źle się dzieje i w ogóle na skraju przepaści (tylko mi nie życzcie na przyszłość wielkiego kroku w przód)... No dobra, bo się rozpisałam, pozdrawiam tych wszystkich wytrwałych, którzy zajrzą tu jeszcze nie przez przypadek a osobę, która na pewno tu bywa całuję mocno. Zbit, mój największy, od lat, blogowy Przyjacielu, uściski.
czwartek, 18 czerwca 2009
bo jesień
patrzę na to zdjęcie główne, powinno wyglądać teraz tak:
A gdybym miała w głowie teraz lato, to nawet tak:
Ale nie będzie... Bo jesień u mnie.
wtorek, 02 czerwca 2009
wpis o prawdziwych ludziach
Długo zbierałam się, by napisać kilka słów, opuściła mnie wena, a kryzys gospodarczy, którego prawdopodobnie nie ma na świecie, natomiast jak najbardziej jest u mnie w domu wyjałowił mi mózg. Nie wiem jak to jest z tym kryzysem gospodarczym, wiem, że mojego media nie napędzają... Ciężko pracujemy na efekty, być może kiedyś je zobaczymy, ale nie o tym ten wpis.. To jest wpis o prawdziwych ludziach. Bez rozważań pseudofilozoficznych o tym, jakie to parszywe czasy nastały i że nędza wokoło i o obojętności na los innych, bo do każdego widoku można się przyzwyczaić. Takie wpisy popełniałam przy innych okazjach, w innych periodykach, niektórzy mieli wątpliwą przyjemność czytać :) Ten wpis dedykuję prawdziwym ludziom, którzy nie noszą głowy zbyt wysoko nad ziemią nie dostrzegając na dole potrzebującego. Tym, którzy potrafią się pochylić nad innym człowiekiem. Znam Was tutaj wielu, prawdziwych ludzi, większość poznałam przy okazji pewnego bloga, na którym mogłam na własne oczy zobaczyć jak wielu istnieje ludzi wielkiego formatu. Nigdy nie rozumiałam słów: jestem tylko człowiekiem. Przecież być człowiekiem to brzmi dumnie... Być człowiekiem, to wyjść poza swoją chorobę i martwić się o tego, komu właśnie zabrakło, mimo, że samemu brak na lekarstwa i na pokrycie długów za nie. Tak, Omm, to właśnie znaczy być człowiekiem, wierzyć w ludzi i w cały ten świat, mimo, że nazywasz się naiwną. Być człowiekiem to samemu żyjąc na skromnej emeryturze wyjść z pomocą rodzinie, której nie widziało się na oczy, i mimo, Zbit, że jak zwykle machniesz ręką umiejszając swoją pomoc, to wiedz, że wielki i prawdziwy z Ciebie człowiek. Abstrahując od tematu, cudowny Przyjaciel także. Być człowiekiem to chcieć pomóc, samemu pomocy potrzebując, Żaboćku martwiący się o każde żywe stworzenie. Dziękczynno sentymentalne ukłony w Waszą stronę. I w stronę Was wszystkich, którzy pomagacie nie spodziewając się dziękuję. Nie wiecie, czy tak jak mnie, nie spotka Was jutro niespodziewana pomoc, bo właśnie sami znajdziecie się w tarapatach. I mocno wierzę w to, że ten świat nie zginie nigdy dzięki Wam.
czwartek, 26 lutego 2009
kawa z cynamonem
Piętnasta jest, ale zrobiłam sobie kawę. Jak rozmawiać z Tobą, to tylko przy kawie, nie ma to jak połączyć dwie przyjemności :) Tak chciałabym poczuć Cię naprawdę, gdy przymykam oczy siedzisz obok ze stopami opartymi o poręcz krzesła, a w pokoju pachnie cynamon z Twoich skarpetek. Wsypałam go do kawy, pachnie prawdziwie. Piszę tu, bo nie mogę tak po prostu wpaść na ciacho, jestem tylko wirtualna, nie umiem pokonać przestrzeni ani czasu, nie mogę Cię złapać za rękę ani przytulić do siebie (bo obie lubimy się przytulać). Może dlatego tak lubię, bo przytulasz bardziej naprawdę, niż wiele osób będących obok w mojej przestrzeni. Kiedy rozmawiamy wydaje mi się, że bardziej wyczuwam Twoje myśli niż rozumiem słowa innych, będących tu i teraz. Widzę Cię przed przymkniętymi powiekami, jakbym studiowała wiele lat codziennie każdy milimetr Twojej twarzy, a przecież dopiero się spotkamy. Kiedyś powiedziałaś, że rok z życia czteroosobowej rodziny potrafię zamieścić na jednej stronie bloga. Śmiałam się z tego, ale trafniej się nie dało mnie podsumować. Tym bardziej szczery mój podziw dla Twej wytrwałości (i bardzo nielicznych choć bardzo ważnych dla mnie osób) w czytaniu kwartalnych sprawozdań z przebiegu biegunek, szkarlatyny i migracji owsików. Wszak do czytania i komentowania takiej poezji w słowach zaklętych trzeba mieć zacięcie :) Jesteś tak bardzo częścią mojego życia, jak to, co najważniejsze, o czym pomiędzy tymi kwartałami nie piszę. Są litery które piszą w nas zbyt głęboko, by umieć je przepisać w takiej formie, w jakiej powinny brzmieć. Tworzą frazy, których najbardziej elokwentny język nie umie ubrać w wyrazy i definicje. Wiesz, jakie to dziwne uczucie, że blog o kupach dzieci poznał mnie z Człowiekiem, który dał mi czuć tak, jak nie da się opisać najpiękniejszymi strofami? Spotkanie z Tobą, po miesiącach ogólnikowych komentarzy było zderzeniem z uskrzydloną Nike z Samotraki, tą, o której pisałam Ci kiedyś. Tylko dwa razy w życiu czułam takie drżenie duszy, które pozwoliło mi zrozumieć, że ją mam i jest fizycznie namacalna. Spotkanie z Nike i z Tobą. Nie mówię o wzlotach, drżeniu serca i rąk o pięknych chwilach, bo tych było w moim życiu niemało. Mówię o poruszeniu duszy do takiego momentu w którym duszność każe Ci przypomnieć sobie, że trzeba oddychać. Czułam, że nie podobało Ci się to porównanie z monumentem, nic nie poradzę jednak na to, że tak właśnie było... Piszę to ponieważ nie mogę usiąść z Tobą teraz by przemycić mimochodem pomiędzy łykami kawy, i wytartymi banałami, kilka ważnych słów. Wiem, że w sumie i tak wiesz. Ale poczułam straszną ochotę, by się do Ciebie przytulić. Więc to robię. Bardzo ekshibicjonistycznie na dodatek. Kocham Cię, Omm. P.S. Jestem całkowicie heteroseksualna :)
czwartek, 15 stycznia 2009
Poezja życia
Julka już nie ma szkarlatyny. Teraz ma owsiki. I coś jeszcze, owsiki to tylko w promocji, główne choróbsko powoduje wysoką gorączkę i niemożność jedzenia oraz picia czegokolwiek. Doktor przepisała witaminę C i calcium. Kocham polską służbę zdrowia za to, jakiej biegłości dzięki niej nabyłam w umiejętnym posługiwaniu się internetem. Zapłaciłam za badania, które sama zleciłam, bo skierowań jeszcze wypisywać przez internet się nie da, niestety. Po obserwacji dziecka połączonej z konsultacjami z google stwierdzam zapalenie jamy ustnej tudzież opryszczkę tejże. Dziecko jutro piąty dzień będzie na ścisłej diecie oznaczajacej odmowę przyjmowania posiłków. Jak ma przyjmować, jak boli. Być może jutro zasugeruję Pani doktor owo zapalenie jamy ustnej ale perfidnie poczekam najpierw na jej próby zdiagnozowania dziecka, być może będzie to angina albo grypa, być może zasugeruję też szpital dla Julki, bo jeszcze mi się dziecko odwodni... Pani doktor, zapewne jak ostatnim razem (kiedy Grzesiek zasugerował, że może to szkarlatyna, po tym, jak zaczęła wypisywać witaminy), odpowie półgębkiem nie patrząc na podgatunek człowieka siedzący przed nią, czyli mnie (gatunek jest jeden, lekarze oczywiście, resztę traktuje się jak ułomnych, nierozgarniętych, mało inteligentnych i niepotrzebnie w ogóle istniejących podludzi), więc odpowie ledwo otwierając usta, że owszem, chyba, być może mam rację :) Lekarz to człowiek, który zapewnia edukację medyczną nie otwierając ust :)) No i w tej mojej bajce księżniczka żyje długo i szczęśliwie, ale książe znów na emigracji, żeby w królestwie dziury załatać, za najemnika służy. Księżniczka nadal kocha poezję swego życia, z rozmarzeniem w oczach, które jako księżniczka ma od urodzenia jako wadę genetyczną, wpatruje się w kupy Maćka miętolac je przez pieluchę dokładnie i na wszystkie strony, czy nie ma może owsikow i ściera rzygi Julki romantycznie wzdychając jak na córę szlachetnego rodu przystało :) A mąż pisze w esemesach: "ech, życie... życieńko..."
wtorek, 30 grudnia 2008
Julci
Julia niedawno skończyła trzy lata. To były trzy piękne lata, którymi nie wiem za co mnie obdarowano :) Jonatan Caroll powiedział kiedyś, że posiadanie dzieci przypomina odkrywanie nowych, niezwykłych pokoi w domu, w którym mieszkało się całe życie. Podpisuję się pod tym całym sercem. Miałam robić coś innego, ale jakoś retrospekcja sama mi się narzuciła. Dzielę się nią z Wami... Na początku było tak:
Potem tak: teraz jest tak:
:)
piątek, 12 grudnia 2008
Czasu nie mam na nic... A bo zachciało mi się dwójki dzieci:) Juz po przeprowadzce, na szczęście, bo to przeżycie z rodzaju traumatycznych... Teraz wynajmujemy salony, bo aż trzy pokoje i ganiam się po nich z Julką a Maciek patrzy na nas z politowaniem. Niebawem wraca małżowina z kasą i całe szczęście że wraca a jeszcze większe, że z kasą:) Tymczasem on tam, a my tu. Julka dostaje wariacji kilkanaście razy na dobę, a że odzywają się w niej talenta po tatusiu, artystyczne wielce, to mi dzis urządziła grafikę na ścianie w sypialni. Ołówkiem, ale za to z rozmachem. Wiem, wiem, mogę się poszczycić ścianą, jakiej nie ma nikt inny, ale osobiście nie gustuję w grafikach Julki na ścianie. Zmyłam. Razem z farbą... Nie wiem czy jest gorzej niż z grafiką. Wiem, ze tak samo wyjątkowo... :) Tak naprawdę ledwie zipię bo przyczepiły się do nas choróbska. Mnie dopadła dyskopatia lędźwiowa, Maćka nie dość że wzmożone napięcie (znowu rehabilitacja metodą Vojty, powtórka z rozrywki z Julką), to jeszcze podejrzenie astmy... Za tydzień idziemy do aklergologa to się dowiem, ale nie zdziwiłabym się bo i ja i Grzesiek w dzieciństwie mieliśmy astmę w to dziedziczne. Póki co leki wziewne, nabulizacje na okrągło przeplatane z rehabilitacją i ścieraniem grafik Julki. Ona jedna nie choruje chwała Bogu, tylko miewa pomysły, od których stają mi wszystkie moje rude włosy i rozważają opcję zmiany koloru na gołębi... Nie sądzę, bym przed nastąpieniem Nowego Roku miała popełnić nowy wpis, dzięki litości mojej mamy dziś artystka wybyła na trochę z domu, więc piszę, by: Wszystkim moim przyjaciołom, znajomym, dalekim choć bliskim życzyć tego, co następuje: Miłości w życiu, miejsca w sercu na ciepło dla innych ludzi, zachwytu dziecka nad odkrywaniem każdego dnia cudów tego świata. I uśmiechu, bo on ma moc płomienia.
wtorek, 16 września 2008
środa, 13 sierpnia 2008
na sierpniowym balkonie
Nie zauważam codziennej wędrówki słońca zataczającego radosny krąg życia, bo zadziobuje mnie kura domowa. Uwięziona, przez kraty codzienności oglądam kończącą się zieleń lata, słucham odgłosów śmiechu wydobywającego się z beztroskich młodych gardeł. Dopiero gdy nadchodzi noc opuszczam swój szary fartuch i szukam inspiracji na sierpniowym balkonie… Siedząc wśród bezkresu nieba, próbując ominąć wzrokiem balustradę z żelaznych prętów, wsłuchuję się w szept ze środka mnie, a śpiewa on dziś piosenkę, którą zachwycałam się w odległych czasach a sens jej zrozumiałam dziś… na balkonie nic nie ukryjesz choć nosi w sobie kilka szpar na balkonie znajdzie się miejsce dla naszych wszystkich wiecznych skarg
między niebem a ziemią zawieszeni choć bliżej nam zawsze do ziemi pod nami rośnie już kilka pięter a wszystkie dawno na zawsze zajęte… Więc szukam inspiracji na sierpniowym niebie. Nad moją głową widzę gwiazdę, po obu jej stronach dwie wielkie chmury. Jak straszne, kłębiaste potworny płyną ku mnie z ciemności, utkane w groźną szarość, której nie łagodzą puchowe krawędzie. We władanie chwyta mnie strach, jak w Wichrowych Wzgórzach, przepowiadam sobie niczym Heatcliff Katarzynie, życie ze znaków na niebie. Te dwa potwory z chmur to problemy czyhające na życie Julki i Maćka – myślę. Gwiazda, mała i niepozorna w środku – to ja, tak samo bezradna wobec problemów ich życia jak ona, wobec biegu chmur. Być może w swojej konstelacji jest wielką planetą, z perspektywy mojego sierpniowego balkonu to tylko świecący bezradny punkcik, nie umiejący poradzić sobie z tym, że nie tylko nie ma wpływu na bieg owych kłębistych potworów, ale nawet nie ma wpływu na to, że za chwilę ją zasłonią… Zamyśliłam się nad tym przerażającym odkryciem, zastygłam sparaliżowana bezsilnością. Sierpniowe balkony nie są romantyczne, pomyślałam, zbierając się do ucieczki w bezpieczną szarość celi własnego życia. Ale odruchowo spojrzałam w niebo raz jeszcze… Jakaś siła przegoniła chmury, zamieniły się w jaśniejsze plamki obłoków na tle ciemnego nieba. Obok mojej gwiazdy zauważyłam kilka migocących punkcików… Tak daleko od niej, a jednocześnie tak blisko… Ta gwiazda nie była tam sama… |
Zakładki:
Bene meritus
E-mail: klawdia@gazeta.pl
Moje foto
Zbita blogowanie
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||